﻿<title_newspaper="Przekrój">
<title_article="Maraton z Zatopkiem">
<author_1="Frantiszek Korzik">
<author_2="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1953">
<month="10">
<date="1953-10-04">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Gdy Zatopek obiegł wiraż, za którym zaczynała się droga powrotna do miasta, zrozumiał co zadecydowało o dobrym czasie na półmetku biegu. Teraz parł w niego przeciwny wiatr, którego przedtem nie czuł na plecach. Emil podciągnął jak najwyżej dres, aby się ochłodzić. Tuż za wirażem stwierdził również, że wraz z Anglikiem i Szwedem, wyprzedzili nieznacznie tylko resztę stawki. Niebawem minęli grupę biegnących po przeciwnej stronie szosy Argentyńczyków, Wanina, Moskaczenkę, Koreańczyka Choia i innych zawodników. Wielu z nich kontrolowało sobie czas biegnąc ze stoperem w ręku. Wszyscy mogli przejść na finiszu do ataku. Znowu znajome odcinki trasy, znowu znajomy krajobraz. Zainteresowanie piękną przyrodą malało, w miarę jak wzrastała konieczność wzmożenia kontroli nad ciałem, podlegającym coraz większemu zmęczeniu. 25-ty kilometr. Meldunek z trasy: prowadzi Zatopek (1:21,30) na drugiej pozycji biegnie Jansson, na trzeciej Peters, dalej — trzech Argentyńczyków. Napięcie na trybunach wzmaga się z każdą chwilą. Do końca biegu jeszcze godzina! Jeżeli dotychczasowe tempo utrzyma się, to nie ulega wątpliwości, że również w Maratonie padnie rekord olimpijski. Pytanie tylko kto go ustanowi? Cabrora — jak niegdyś w Londynie — przedziera się coraz bardziej do przodu. W punkcie żywnościowym, na 25 kilometrze, wyciągają się do zawodników usłużne ręce z napojami i owocami. Jansson nie wytrzymuje. Sięga po cytrynę i wysysa ją chciwie. Wyschnięte usta Emila również łakną orzeźwiającego owocu — bodaj kilku kropel soku z cytryny. Ale jak zwykle surowy dla siebie Emil opanowuje pragnienie. Wie z doświadczenia, nabytego na treningu, że taka chwila wytchnienia może wytrącić organizm z równowagi. Wystarczy jeden łyk, a będziesz chciał pić i pić. Silna wola zwyciężyła. Obroniwszy się przed pokusą Emil wbiegał już na kolejne lekkie wzniesienie. Sforsowawszy je zauważył, że biegnie sam. Obejrzał się. Jansson został daleko w tyle. Emil przyzwyczaił się już do milczącej obecności Szweda, do koleżeństwa utwierdzonego przez 25 wspólnie przebiegniętych kilometrów. A może zaczekać na niego? Ale Jansson nie zjawiał się. Zatopek biegł dalej sam!
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_2>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 



